29 grudnia 2016

50. Pasująca jak ulał

miesiąc później
Zawiozę cię do lekarza na jedenastą, a później pojadę na próbę. Poradzisz sobie z powrotem?
Głos Tony’ego przerwał moją drzemkę, którą jak zwykle o tej porze dnia odbywałam na naszej kanapie w salonie. Codziennie wstawałam o szóstej rano, bo nie potrafiłam spać w nocy, a potem zasypiałam w ciągu dnia, nawet nie zdając sobie sprawy, kiedy. Za każdym razem, gdy zasypiałam w nocy, śnił mi się wypadek samochodowy i Lily i nie potrafiłam wybić sobie tego z głowy. Dlatego wiecznie chodziłam niewyspana.
Poradzę sobie – obiecałam. – Jake po mnie przyjedzie. Znowu wpadł na parę dni do Londynu.
Jake właściwie załatwiał sobie pracę w Londynie, co bardzo mnie cieszyło, bo oznaczało, że będę go miała bliżej na co dzień. Pomijał tylko przy tym temat Chantal, przez co nie wiedziałam, czy przeniesie się z nim, czy raczej oznaczało to zerwanie. Miałam oczywiście nadzieję na to pierwsze, ale ton, jakim o tym mówił, sugerował coś innego. Było mi szkoda mojego brata, bo wyglądało na to, że mimo wszystko mu na niej zależało. Widocznie jednak nie wszystko mogło ułożyć się idealnie.
Zupełnie tak jak moje życie.
Nadal nie byłam w stanie wrócić do pracy i Jess była zmuszona zatrudnić kogoś nowego, co oznaczało, że prawdopodobnie nie znajdzie się dla mnie etat, gdy już będę w stanie pracować. Oczywiście obiecała, że zrobi, co w jej mocy, ale miałam poważne wątpliwości.
Pamiętaj tylko, że jesteśmy umówieni na kolację – przypomniał mi Tony, na co westchnęłam ciężko. Z irytacją podrapałam się tak głęboko pod gipsem, jak tylko mogłam dosięgnąć. Ciągle mnie tam swędziało i miałam go serdecznie dość.
Naprawdę nie możemy zostać w domu?
Ciągle siedzisz w domu – wytknął. – Nawet twój lekarz powiedział ci, że powinnaś wreszcie zacząć wychodzić. Poza tym mamy ci z Marcusem coś ważnego do przekazania. Zobaczysz, będzie fajnie.
Uśmiechnęłam się słabo. Przypuszczałam, że chodziło o ostateczną decyzję dotyczącą wspólnego mieszkania – Tony chciał przeprowadzić się do Marcusa i zostawić mi nasze mieszkanie w Walthamstow, o czym myślał, że nie wiedziałam. Domyślałam się jednak i czułam się tym bardziej zagubiona, bo zupełnie nie wiedziałam, co robić. Zostać samej w mieszkaniu z dwoma sypialniami? Szukać współlokatora? Czułam się jak zawieszona w próżni, bo najważniejszy dla mnie temat wciąż pozostawał nierozwiązany.
Od tamtego dnia w szpitalu rzadko widywałam Henry’ego. Wpadł wprawdzie parę razy, pytając o moje zdrowie, ale za każdym razem zbywałam go milczeniem, zdecydowana z nim nie rozmawiać. Zakładałam, że pogodzę się w końcu z tym, co zrobił, ale Henry nie był wystarczająco cierpliwy i po dwóch czy trzech próbach przestał przychodzić. A ja ciągle o tym myślałam.
O tym, jak zlecił pobicie Cartera, żebym była bezpieczna. Z jednej strony zachował się jak rasowy gangster. Wykorzystał swoich ludzi, żeby dać mu nauczkę, z której Carter przez ostatni miesiąc się nie wybudził.
A z drugiej, zrobił to dla mnie. Po to tylko, żebym była bezpieczna, chociaż wiedział, że to mogło mnie do niego zrazić. Wolał, żebym odeszła żywa.
Nie mogłam o tym zapomnieć. Nie potrafiłam się z tym uporać. Walczyły we mnie dwa zupełnie ambiwalentne uczucia i nie umiałam zdecydować, które przeważało. Jakiś uporczywy głosik w mojej głowie mówił mi, że przecież chciałam czerpać z życia garściami, że dlatego zgodziłam się za niego wyjść, bo miałam dość marnowania czasu i wiedziałam już, jak szybko wszystko mogło się zmienić. A mimo to nie potrafiłam do niego iść. Ciągle miałam wątpliwości.
Chciałam jak najwcześniej zacząć rehabilitację, stąd kolejna wizyta u lekarza, bo byłam zdeterminowana jak najszybciej stanąć na nogi i wrócić do normalnego życia. Gdy po wizycie przyjechał po mnie Jake i poprowadził mnie z powrotem do samochodu jak kalekę, byłam wdzięczna losowi, że trafił mi się taki brat. Zdecydowanie najnormalniejsza jednostka w całej mojej rodzinie.
Niestety, na rehabilitację muszę czekać jeszcze przynajmniej miesiąc, albo i dłużej, co najmniej póki nie zdejmą mi gipsu – zrelacjonowałam mu z niezadowoleniem w odpowiedzi na jego pytanie o wizytę. Jake wyraził stosowne ubolewanie. – A co słychać u ciebie? Jak tam w domu?
Widziałem się ostatnio z rodzicami – odparł zdawkowo, gdy już ruszył w stronę Walthamstow. – Przekazali mi całkiem ciekawe wieści o Evansach – dodał, na co nadstawiłam uszu.
Carter się obudził?
Nie, i z każdym dniem szansa, że to się stanie, maleje. – Jake spojrzał na mnie uważnie znad kierownicy. – Tak właściwie to wiemy, co się dzieje, od Willa, który przekazał to Grace. Także jak widzisz, informacje przekazywane są pocztą pantoflową.
Mam nadzieję, że nie działają jak głuchy telefon – mruknęłam. – Więc co to za ciekawe wieści?
Po pierwsze, policja zamknęła sprawę pobicia Cartera – zrelacjonował. – Uznali ostatecznie, że nie są w stanie znaleźć sprawców. Zdziwiło nas, że jego rodzice nie naciskają na kontynuowanie śledztwa. Stąd w ogóle wziął się ten temat w domu Grace i to dlatego wypytała o to Willa. To może dziwnie zabrzmieć, ale odniosła wrażenie, że Evansom ulżyło, że cała sprawa tak się skończyła.
Ulżyło? – Podniosłam brwi. – Co chcesz przez to powiedzieć?
Tak, Grace też to zainteresowało – przyznał. – Słuchaj, bo chyba w to nie uwierzysz. Ja miałem z tym ogromne problemy. Okazuje się, że Carter od lat leczył się psychiatrycznie.
Co takiego? – wydusiłam z siebie. – Ja to, leczył się psychiatrycznie? Na co?
Carter ma zdiagnozowaną osobowość dyssocjalną – wyjaśnił Jake, czym wprawił mnie w jeszcze większe osłupienie. – Krótko mówiąc, z punktu widzenia swojego lekarza jest psychopatą. Will mówi, że od paru lat Carter odmawiał leczenia, twierdząc, że wszystko z nim w porządku. To chyba wtedy jego rodzice zauważyli, że zaczyna im się wymykać. Dlatego usiłowali tuszować wszystko, co Carter robił po drodze – to, jak potraktował ciebie i te wszystkie swoje asystentki. Oni śmiertelnie się bali, że to wyjdzie na jaw, że mają takiego syna. Dlatego woleli dać pieniądze naszym rodzicom i płacić też tym dziewczynom za milczenie.
Bali się? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Jak to, bali się? Reputacja była dla nich ważniejsza od bezpieczeństwa ludzi dookoła niego?!
Na to wygląda. – Jake wzruszył ramionami. – Próbowali jakoś ograniczać Cartera, ale wiesz, jak to wychodziło w praktyce. A skoro już działo się coś złego, zajmowali się konsekwencjami. Carter wiedział, że oni zrobią wszystko, żeby nie wybuchł żaden skandal, i tym bardziej pozwalał sobie na więcej.
Więc co, to oni zastraszali Lily? Spalili kawiarnię Tiffany? – Jake był w temacie, więc wiedział, o czym mówiłam. Potrząsnął głową.
Z tego, co zrozumiałem, to już była inicjatywa Cartera. Tak czy inaczej, Evansowie od razu wiedzieli, że to on stał za tym waszym wypadkiem. Chyba ich to przeraziło, tak przynajmniej przedstawił to Will. Teraz więc, kiedy Carter jest w śpiączce…
– …pewnie czują ulgę – dokończyłam za niego. Skinął głową. – Ale to nie powód, żeby rozgrzeszać ludzi, którzy mu to zrobili.
Nie powiedziałam nikomu o tamtej rozmowie z Henrym. Przed nikim, nawet przed Tonym, nie przyznałam się, że to ludzie Henry’ego wysłali Cartera do szpitala. Pod tym względem byłam lojalna do końca. Nie potrafiłam inaczej.
Pewnie nie. – Jake wzruszył ramionami. – Ale uważam, że to nie było zwykłe pobicie. Ktoś miał bardzo dobry powód, żeby to zrobić. A jeśli zdecydował się na to, żeby chronić kogoś innego, to byłbym w stanie to zrozumieć.
Po tych słowach Jake posłał mi krótkie spojrzenie i już wiedziałam, że się domyślał. Nie było w tym zresztą nic niezwykłego, timing tych dwóch wypadków był wprost nieprawdopodobny jak na zwykły przypadek. Co więcej, Jake wiedział, że obecnie nie spotykałam się z Henrym i kilkukrotnie nadaremnie próbował wyciągnąć ode mnie, dlaczego. Nikt dookoła mnie tego nie rozumiał, nawet Tony. Wszyscy uważali, że mi odbiło, nawet jeśli stali po mojej stronie.
Tymczasem wyglądało na to, że Jake rozumiał więcej, niż bym chciała.
Ten, kto pobił Cartera, wyświadczył światu przysługę – dodał, odwracając się, by ponownie spojrzeć na jezdnię. – Nie tylko ze względu na ciebie i Lily Wainwright, Ronnie, ale także tych wszystkich, którzy dzięki temu już nie ucierpią. Dobrze wiesz, że Carter by na tym nie poprzestał. Zobaczyłaś, do czego był zdolny. Przecież chciałaś tego samego, żeby już nikogo nie skrzywdził. A jak inaczej można to było zrobić, jeśli nie dało się w sposób oficjalny, sądownie?
Zacisnęłam zęby i odwróciłam się, by wyjrzeć za okno. Problem w tym, że Jake miał sporo racji i zdawałam sobie z tego sprawę. Jak zwykle patrzyłam tylko na własny interes i na to, jak ja odbierałam całą sprawę. Kiedy rozmawiałam o tym z Henrym, nie przeszło mi nawet przez myśl, że tym samym upewniał się też, że Carter nikogo więcej nie skrzywdzi.
Pewnie po prostu potrzebowałam czasu, żeby pogodzić się z tym, co zrobił, bo nadal uważałam to za złe. Ale to był Henry. Powinnam chyba przejść nad tym do porządku dziennego i po prostu przyjąć go takim, jakim był. Nawet jeśli był w stanie posunąć się tak daleko, żeby mnie chronić, bo nie miałam wątpliwości, że Henry nie myślał o innych ludziach. Myślał tylko o mnie.
Zawsze jest jakiś inny sposób – mruknęłam właściwie wbrew sobie. Jake prychnął.
Jasne, wmawiaj to sobie dalej. Lubisz się tak męczyć, czy co? Myślałem, że wiesz, pierścionek i tak dalej…
Schowałam rękę, żeby nie widział, że nadal go nosiłam. Nie potrafiłam go jakoś zdjąć, co może oznaczało, że w głębi duszy ostatni miesiąc widziałam jedynie jako chwilową przerwę, nie ostateczne rozstanie. I miałam nadzieję, że Henry też tak to widział.
To pewnie stąd ten wczorajszy telefon Grace – pospiesznie zmieniłam temat. Jake posłał mi pytające spojrzenie, na które wzruszyłam ramionami. – Wyobraź sobie, że nasza siostra zadzwoniła, żeby mnie przeprosić. Usłyszałam od niej rzeczy, których zupełnie się po niej nie spodziewałam. No wiesz, że była idiotką, że chciałaby wszystko między nami naprawić i tak dalej. Proponowała nawet, że odwiedzi mnie tu, w Londynie. Nie wiem, czy jej wierzyć i nie wiem, czy tego chcę, ale chciałabym się częściej widywać z Emmą.
Pewnie nie powinnam jej wybaczać, ale po minie Jake’a domyśliłam się, że wiedział, jak bardzo w rzeczywistości tego chciałam. Chciałam, żeby moje życie wreszcie się ułożyło.
Także w kwestii Henry’ego.

***

Jak tam wizyta u lekarza?
Kolejna tego dnia wyprawa samochodem sprawiła, że kręgosłup znowu zaczął mnie boleć. Tym bardziej, że porsche Tony’ego nie było najwygodniejszym środkiem lokomocji dla rekonwalescentki. Z westchnieniem oparłam głowę o zagłówek fotela i wpatrzyłam się w zakorkowaną drogę przed nami. Wieczór zapowiadał się świetnie.
Dobrze – mruknęłam. Tony zerknął na mnie zezem.
A Jake? Co u niego?
Wszystko dobrze – odparłam z roztargnieniem. Mój przyjaciel prychnął z rozbawieniem.
No weź, nie rozgaduj się tak, bo nie wysiądziemy z auta do lata! Co się dzieje, o co chodzi?
A o co mogło chodzić? Ostatnio zrobiłam się bardzo monotematyczna.
Vee!
Podskoczyłam w fotelu, aż kręgosłup odpowiedział tępym bólem. Głupie serce podskoczyło mi na moment, chociaż przecież wiedziałam, że to nie Henry to powiedział. Tony tymczasem roześmiał się głupio, czym strasznie mnie wkurzył.
Haha, wiedziałem, Ron, rany, jesteś taka przewidywalna – zarechotał jak ostatni kretyn. Pewnie trzepnęłabym go po głowie, gdyby akurat nie prowadził i gdyby kręgosłup mnie nie bolał. – Wystarczy jedno głupie słowo i dostajesz małpiego rozumu, co? Dlaczego po prostu się z nim nie pogodzisz?
Na przykład dlatego, że nie mam okazji – mruknęłam. – Nie widziałam jakoś Henry’ego pukającego do drzwi naszego mieszkania.
Ty samodzielna, niezależna, współczesna kobieto – prychnął w odpowiedzi. – Odkąd to potrzebujesz, żeby facet do ciebie przychodził, zamiast samemu do niego normalnie pojechać?
Odkąd mam złamany kręgosłup – wyjaśniłam mu bardzo chętnie. – O czym Henry doskonale wie.
Ale wiesz, ostatecznie to ty kazałaś mu wyjść i nie wracać. Nie wiem, dlaczego się dziwisz, że właśnie to zrobił…
Nie chcę rozmawiać o Henrym – przerwałam mu zdecydowanie, czym skutecznie zamknęłam mu usta. Wystarczyło mi, że ciągle o nim myślałam. No i głównie dlatego chciałam uciąć ten temat, że Tony miał rację. – Czy możemy się skupić na dzisiejszej kolacji i na tym, co chcecie mi z Marcusem przekazać? Bo jeśli będę musiała szukać współlokatora, to wolę wiedzieć wcześniej, żeby się odpowiednio przygotować.
Spokojnie, nie będziesz się musiała przygotowywać – zaśmiał się Tony. W ogóle miał jakiś podejrzanie dobry humor.
Kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, na zewnątrz zdążyło już zrobić się całkiem ciemno. Nie znosiłam zimy w Londynie, zwłaszcza kiedy znowu zamiast śniegu mżyło idiotycznie. Tony pomógł mi wysiąść z samochodu jak jakiejś kalece, podał mi kule i zabrał mnie do środka – wybrał jakąś niedużą, kameralną, nowo otwartą restaurację, w której wcześniej nie byłam. I w dodatku kazał mi się z tej okazji ubrać w coś innego niż dresy, w których chodziłam w kółko od miesiąca. Dobrze, że zreflektował się i zrezygnował z butów na obcasie, gdy wysyczałam mu do ucha „Giiips!”.
Wkrótce potem stało się jasne, dlaczego tak się starał i serio, aż dziwne, że wcześniej się tego nie domyśliłam.
W rogu zatłoczonej sali, przy jednym ze stolików zakleszczonym między ścianą a szybą sięgającą od podłogi do sufitu, siedział Henry.
Serce wyrwało mi się do niego, gdy tylko go zobaczyłam, a pierścionek na palcu dziwnie zaciążył. Henry wyglądał jak zwykle nienagannie, bardzo porządnie ubrany – w białą koszulę i ciemną marynarkę, do której miał pewnie dopasowane spodnie, ciężko powiedzieć, bo nie widziałam ich pod stolikiem – starannie ogolony, wpatrzony poważnym wzrokiem w serwetkę, którą się bawił. Ciężko było nie przypomnieć sobie na jego widok tych wszystkich chwil, które razem przeżyliśmy. I tego, jak wyznał mi, że nasłał swoich zbirów, żeby posłali Cartera do szpitala.
Cartera, który nadal, po miesiącu hospitalizacji, był w śpiączce.
Chyba sobie żartujesz – wymamrotałam do Tony’ego, zatrzymując się w pół kroku, gdzieś w połowie sali. Tony posłał mi protekcjonalne spojrzenie.
Nie sądzisz, że to najwyższy czas, żebyście sobie wszystko wyjaśnili? Nie wiem, o co wam poszło tym razem, ale serio, mam dość tej sinusoidy, tych rozstań i powrotów. Albo zerwijcie ze sobą i miejmy to za sobą, albo pogódźcie się i dajcie mi planować wam wesele. Jeśli mam coś sugerować, wolałbym tę drugą opcję.
Kretyn – mruknęłam, ale dałam się podprowadzić w stronę odpowiedniego stolika. Na nasz widok Henry wstał i przejął moje ramię od brata, po czym pomógł mi zdjąć płaszcz. Z jego twarzy jak zwykle nie mogłam nic odczytać.
No, to ja znikam – oświadczył Tony i uciekł, zanim zdążyłam go walnąć. A szkoda, miałam jedyną taką okazję, w końcu nie oddałby kalece.
Usiądziesz? – Zamknęłam na moment oczy, słysząc ten tak dobrze mi znany, niski, głęboki głos. Z rozdrażnieniem skinęłam głową.
A mam inne wyjście?
Pomógł mi zająć miejsce przy stoliku i przysunął mi krzesło, na co nie poskarżyłam się ani słowem, podając mu moje kule, które oparł o stolik. Pierwsze pytanie zresztą, które zadał Henry, gdy już wrócił na swoje miejsce, było właśnie pytaniem o moje samopoczucie.
Jest coraz lepiej – odparłam nieco sztywno. – Niedługo zacznę rehabilitację, więc wkrótce powinnam się całkiem usamodzielnić.
Bardzo się cieszę, że jest coraz lepiej. – Uśmiechnął się do mnie ciepło, jak to miał w zwyczaju, i musiałam się zmusić, żeby nie odpowiedzieć tym samym. Chyba był jakiś powód, dla którego nie powinnam, prawda? – I cieszę się, że przyszłaś i nie robiłaś żadnych scen, gdy już uświadomiłaś sobie, że to ze mną się spotykasz.
No cóż… Tony postawił mnie przed faktem dokonanym – zauważyłam kwaśno. – Zupełnie tak jak wtedy, gdy nas ze sobą przedstawił.
Rany, wydawało mi się, jakby to było w innym życiu. Niesamowite.
Nie mogłem już dłużej czekać. – Henry wpatrzył się we mnie roziskrzonym wzrokiem, od którego zrobiło mi się gorąco. Mimo to nie zrobił żadnego gestu w moją stronę, nie spróbował mnie nawet dotknąć. – Dałem ci dużo swobody, nie uważasz? Miesiąc, żebyś zastanowiła się nad wszystkim i do mnie przyszła. Dlaczego do mnie nie przyszłaś?
Oparłam łokieć o stolik, a brodę na ręce, po czym odparłam:
Może też czekałam, aż to ty do mnie przyjdziesz.
Tak jak poprzednim razem? – dopowiedział. – Wtedy to też ja do ciebie przyjechałem, chociaż nie chciałaś. Więc o to z tobą chodzi, Vee? Mam cię gonić tak długo, aż cię nie złapię?
Myślisz, że dlatego to zrobiłam? – Zmarszczyłam brwi. – Bo chciałam się bawić w jakieś gonitwy? Nie, Henry. Naprawdę poczułam się źle, gdy powiedziałeś mi o Carterze. Bardzo źle. Jakbym nagle spojrzała na faceta, którego w ogóle nie znałam, mimo że wydawało mi się inaczej. Nie sądziłam, że byłbyś do tego zdolny.
Naprawdę? Myślałem, że to jasne, Vee – odparł. – Że jestem zdolny do wszystkiego, żeby cię ochronić.
A jeśli nie chcę, żebyś w ten sposób mnie chronił? Żeby przeze mnie ludzie, nawet ci winni, trafiali do szpitala?
To był pojedynczy przypadek – zaprotestował z rozdrażnieniem. – Naprawdę myślisz, że będzie ich więcej? Że jest się w ogóle o co spierać? Wiesz, że musiałem to zrobić. Nie mogłem bezczynnie patrzeć, aż ten sukinsyn znowu próbuje cię skrzywdzić i nie było innego wyjścia. Po prostu się z tym pogódź.
Nie wiem, czy potrafię – szepnęłam. Henry głową wskazał moją dłoń.
Nadal nosisz pierścionek ode mnie i wątpię, czy to tylko przyzwyczajenie. Myślę, że jednak potrafisz.
Wpatrzyłam się w błyszczący mi na palcu pierścionek zaręczynowy. Tak samo, jak robiłam to przez ostatni miesiąc, tęskniąc za Henrym i zastanawiając się, czy słusznie robiłam. Bo byłam idiotką, która nie potrafiła puścić w niepamięć jednej rzeczy. Jednej rzeczy, którą według mnie Henry zrobił źle.
Mogę już przyjąć od państwa zamówienie? – Młoda kelnerka jakby znikąd zmaterializowała się przy naszym stoliku, co tylko pokazało, jak mało przy nim zwracałam uwagę na otoczenie.
Przepraszam – wymamrotałam, złapałam moje kule, po czym podniosłam się z krzesła i tak szybko, jak tylko mogłam, biorąc pod uwagę nogę w gipsie, skierowałam się w stronę wyjścia.
Nie oglądałam się na Henry’ego; po prostu czułam, że się dusiłam i że musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie chciałam też, żeby patrzył, jak w końcu się rozklejam. Groziło mi to od dawna i obawiałam się, że w końcu jednak nie wytrzymam i się rozpłaczę.
Oczywiście, czułam się bezpieczniej, czułam ulgę, wiedząc, że Carter był w szpitalu i nie mógł mi dłużej zagrozić. Ale nadal nie potrafiłam pogodzić się z tym, co zrobił Henry. Jak wziął sprawiedliwość we własne ręce, jakby miał prawo ją wymierzać, i jeszcze wcale nie czuł się z tego powodu źle. Chyba to było najgorsze.
Pchnęłam drzwi wyjściowe i znalazłam się na zewnątrz, na chodniku, pod sporą markizą chroniącą przed deszczem. Zadrżałam, bo w mojej idiotycznej ucieczce oczywiście nie pomyślałam o kurtce. Przeszłam nieco na bok, pod ścianę, żeby nie stać w przejściu, a potem wpatrzyłam się bezmyślnie w rozmyte przez deszcz światła latarni i neonów po drugiej stronie ulicy, próbując zapanować nad płaczem.
Oddychaj, Cross, poleciłam sobie. Po prostu oddychaj.
Drgnęłam, gdy na moje ramiona spadł mój własny płaszcz. Odwróciłam głowę, by tuż obok siebie zobaczyć Henry’ego. Wyglądał na lekko zirytowanego.
Jeśli już musisz wychodzić, następnym razem weź ze sobą kurtkę, na litość boską, bo w końcu dostaniesz zapalenia płuc.
Nie wytrzymałam. Na myśl o jego trosce i o tym, jak bardzo o mnie dbał, znowu zachciało mi się płakać, więc żeby tego po sobie nie pokazać, zrobiłam pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy. Wpadłam mu w ramiona i przytuliłam się mocno, głowę kładąc mu w okolicach mostka.
Henry dał się zaskoczyć na sekundę, maksymalnie dwie; zaraz potem zareagował typowo po męsku, obejmując mnie mocno i przyciągając do siebie bliżej, aż praktycznie cała się o niego oparłam. Delikatnie wyjął mi z rąk kule i odstawił pod ścianę obok; na moment straciłam równowagę, ale szybko mnie podtrzymał, więc objęłam go mocno. Wsunęłam mu dłonie pod kurtkę, dotykając skóry na plecach przez miękką tkaninę białej koszuli i wdychając jego znajomy, męski zapach. Jezu, jak dobrze. Jak bardzo mi tego brakowało przez ten ostatni miesiąc!
Nigdy nie chciałem, żeby tak to wyszło – zaszemrał mi do ucha. – Nie myślałem, że aż tak mocno na to zareagujesz. Niemalże oszalałem, kiedy byłaś nieprzytomna. Musiałem coś zrobić, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo, Vee. Nie widziałem innej opcji, żeby załatwić Evansa, zanim znowu spróbuje cię skrzywdzić, i nie obchodziło mnie, czy faktycznie będzie próbował. Postanowiłem zagrać według jego reguł. Nie będę cię za to przepraszał, bo nie uważam, żebym zrobił coś złego.
Nie uważasz? – jęknęłam mu prosto w szyję. – Naprawdę nie uważasz, że to było coś złego, Henry?
Nie w tym sensie – zaprotestował. – Jasne, że to było niezgodne z prawem. Że nie powinienem zniżać się do poziomu Evansa. I oczywiście, czuję się z tym cholernie źle. Ale dla ciebie… było warto. I pod tym względem to było jak najbardziej słuszne.
Boże, nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam dłużej się od niego odsuwać, gdy tak bardzo mi go brakowało, tak bardzo go potrzebowałam. Jego słowa rozdzierały mi serce. Kochał mnie, zależało mu na mnie i zrobił to wszystko dla mnie. Dla mojego bezpieczeństwa. Owszem, to było złe, ale jak mogłam się o to na niego gniewać? Jak miałam dłużej trzymać się od niego z daleka, gdy wszystkim, czego chciałam, były jego ramiona, jego uspokajający głos i jego gorące pocałunki? Chciałam tego wszystkiego. Chciałam Henry’ego.
Chciałam go bardziej niż czegokolwiek innego, włącznie z moim czystym sumieniem.
Jest mi źle tylko z tym, że musiałaś radzić sobie przez ten miesiąc – dodał tym samym tonem, mamrocząc mi prosto we włosy. – Ale potrzebowałaś czasu, więc postanowiłem ci go dać. Zwłaszcza że codziennie dzwoniłem do Tony’ego, więc wiedziałem, co się u ciebie dzieje…
Nic nowego. Powinnam już się chyba do tego przyzwyczaić.
Kocham cię – jęknęłam. – Ale… Po prostu źle mi z tym, co stało się z Carterem. Ja wiem, że on na to zasłużył. Ale nie uważam, że byłeś odpowiednią osobą, żeby go karać, Henry.
Więc po prostu o tym zapomnij i bądź ze mną. Zostawmy wreszcie za sobą tego sukinsyna. Wystarczająco dużo przez niego wycierpiałaś, Vee. On nie jest tego wart.
To było takie kuszące. Po prostu o tym zapomnieć. Pewnie rzeczywiście powinnam po prostu spróbować. Może Henry był w stanie mnie tego nauczyć? Jak żyć teraźniejszością i przyszłością, bez oglądania się za siebie?
Oddzielić przeszłość grubą kreską i zacząć od nowa. Z nim. Z moim już prawdziwym, nie fałszywym narzeczonym.
Idealnie do siebie pasujemy, Vee – dodał, jakby próbując mnie przekonać. – I kochamy się. Nie odrzucaj tego ze względu na tę jedną sprawę Poradzimy sobie ze wszystkim, przecież wiesz.
Przypomniałam sobie to wszystko, przez co przeszliśmy od tamtego pamiętnego dnia, gdy mama zadzwoniła do mnie z zaproszeniem na ślub Grace. Przeszliśmy daleką drogę. Nie chciałam, żeby to w taki sposób się skończyło. Prawdę mówiąc, nie chciałam, żeby kiedykolwiek się skończyło. Jeśli wcześniej to nie było dla mnie jasne, w tamtej chwili uderzyło we mnie z pełną jasnością – chciałam spędzić z tym facetem resztę życia. Nieważne, co zrobił i jak odegrał się na Carterze. Henry zmienił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Tylko z nim czułam się w nim pewnie.
Odsunęłam się od niego nieco, żeby spojrzeć mu w oczy. Chociaż nie widziałam go miesiąc czasu, jego ostre rysy twarzy, tak doskonale mi znane, wcale przez ten czas nie wyblakły w mojej pamięci. Wręcz przeciwnie, miałam jego twarz pod powiekami każdej nocy, gdy próbowałam zasnąć. Rany, chyba zwariowałam. To z pewnością nie było zdrowe, ale co mogłam poradzić? Kochałam go. Chciałam za niego wyjść i normalnie, jak człowiek ułożyć sobie z nim życie.
Czy to naprawdę było aż tak wiele?
Dobrze – odpowiedziałam tylko i w następnej chwili poczułam zalewającą mnie ulgę. Cholera. To była jedyna możliwa decyzja.
Wspięłam się na palce i pocałowałam go. Najpierw lekko, delikatnie, zaraz potem jednak Henry przyciągnął mnie do siebie bliżej, dłoń wplatając mi we włosy i pogłębił pocałunek, aż zarumieniłam się lekko.
Tak bardzo mi cię brakowało – wymruczał, kiedy wreszcie się ode mnie oderwał. – Jedźmy do domu, Vee.
To musiało być moje szczęśliwe zakończenie, prawda? Poznawałam to po jednym.
Nagle przestało mi być zimno.
Przy nim już nigdy nie miało mi być zimno.

KONIEC

Będzin – Katowice
marzec – listopad 2016



Kochani moi!
W ten oto sposób kończymy przygodę z Bzdurką, z Vee i Henrym. Trochę podziało się w trakcie publikacji, przede wszystkim zaś praktycznie przeniosłam się na inny portal, co zaskutkowało trochę porzuceniem bloga i traktowaniem go zdecydowanie po macoszemu, w końcu jednak udało mi się dokończyć publikację. Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze, za obecność, zwłaszcza zaś Tobie, Condawiramurs, chyba jedynej osobie, która została tu ze mną do końca (reszta, zdaje się, przeniosła się ze mną na Wattpad). Bardzo przepraszam za nikły odzew pod koniec, za wszystkie opóźnienia, które nie wynikały z braku przygotowanego tekstu, a po prostu mojego zapominania o blogu. I jeszcze raz bardzo Wam za wszystko dziękuję!
Równocześnie chciałabym zaznaczyć, że to generalnie koniec mojej przygody z blogspotem. Bynajmniej nie kończę z publikacjami, skąd, na stałe jednak przenoszę się na Wattpad, na którym już się rozgościłam i który, poza kilkoma głupimi kwestiami (ach, ten brak wcięć w akapitach!) wydaje mi się dużo przyjaźniejszy i bardziej zbliżający ludzi niż blogspot. Już teraz można na nim znaleźć moją całkiem nową historię, na którą tak czy inaczej zapraszam - tym razem to romans połączony z wątkami paranormalnymi (?), jako że główną bohaterką jest czarownica - Na psa urok!


Tymczasem żegnam się już z Wami i mam nadzieję, że do napisania gdzieś indziej, w innym miejscu, może pod inną historią :)
Całuję,
Elle
Layout by Elle.

Google Chrome, 1366x768. Szablon Caffee, Evelyn, Vanessax17, Ivana Baquero, Aidan Turner, Imagine Dragons.